Moje Zycie w Raju - Popoludnie na Zatoce!


Wejscie do mojego portu znajduje sie tylko 100 krokow (mierzylam) od mojego domu.
Wariatka, jak moglam sie tak dlugo temu wszystkiemu opierac????????


No ale wreszcie, po dwoch latach ktore minely odkad tutaj mieszkamy,
stalam sie wodniakiem,. Na tym zdjeciu wychodzimy z portu na mojej lodzi-pontonie.
Pontony sa tutaj idealne, bo odplywy powoduja, ze woda jest czesto bardzo plytka.
Nota bene to nie sa jakies tam dmuchane pontony, konstrukcja bardziej mi przypomina
katamarana, podstawa to dwa aluminiowe kadluby - nie wiem czemu to nazywaja pontonem..


To ja na moim "mostku kapitanskim". Bardzo mi sie ta lodz podoba.
Cichy motor i mozna swobodnie rozmawiac, i wlosy sie kompletnie nie rozwalaja
na wietrze, jak na tych szybkich motorowkach. No to i te wygodne kanapy!


Benington to nie jest jakis taki sobie ponton - jest uznany za Cadillaca w tej branzy.
To moja przyjaciolka Debbie, byla wlascicielka tej lodzi i nasza kolezanka Diana.


To jest Foxy Roxy :-). Czy te kanapy nie sa nadzwyczajne?
Nie wiedzialam, ze te pontony moga byc tak WYGODNE!


Mijamy kilka delfinow - wyskakuja z wody w odpowiedzi na klaskanie Debbie!
Widuje je na zatoce niemal codziennie, czasem podplywaja do lodzi. CUDO!
Niestety, moj aparat elektroniczny robi zdjecia z kilkusekundowym poslizgiem
jakos nie udalo mi sie tych delfinow uchwycic, ale obiecuje, ze bede dalej probowac.


Mieszkamy nad Zatoka Meksykanska, ale od samego morza oddzielaja nas waskie wysepki
Siesta Key i Kasey Key -- wiec woda jest tutaj bardzo spokojna, bez morskich fal.
Zmierzamy w kierunku Midnight Pass - jest to dokladnie naprzeciw naszego domu.
Po lewej stronie mieszka slynny pisarz Stephen King -- jestesmy sasiadami :-)


Midnight Pass to cienitki skrawek ladu, ktory sie uformowal miedzy Siesta Key and Kasey Key.
Kiedys byl tu spory pasaz wodny (stad ta nazwa), teraz jest tylko piekna dzika plaza.


Ta plaza jest dostepna tylko droga wodna, po obu stronach sa prywatne rezydencje, ktore
blokuja dostep droga ladowa. Na ogol jest ta plaza kompletnie pusta!
I piekna jak marzenie - drobny bialy piasek i przejrzysta turkusowa woda...


Lodka czeka na nas po drugiej stronie tego skrawka - jakies 50 metrow szerokosci - ziemii.
Ta sciezka jest cholernie goraca i pelna ostrych muszelek - nigdy wiecej tutaj boso!!!!


Zglodnialysmy, wiec robimy przerwe na lunch i cumujemy sie przy malej restauracji rybnej
- jest takich miejsc sporo w naszej okolicy. Jemy zielona salate ze swieza ryba. Mniam, mniam.


Po drodze mijamy dziesiatki wielkich rezydencji, ktore kosztuja miliony - jeden z takich
domow w naszej okolocy jest wlasnie oferowany na sprzedaz za okragle 20 milionow dolarow!
Pogoda sie zmienila, nadciaga burza - spieszymy wiec do portu.


Juz widac Pelican Cove - nawet widze swoje okna (przynajmniej mi sie tak wydaje :-)


Wita nas glowny pomost obserwacyjny, Pelican Point. Pelican Cove ma kilka takich
pomostow polaczonych kilkumilowym szlakiem spacerowym. Wejscie do portu tuz na lewo.
Nasze mieszkanie jest nad zatoczka po prawej stronie, za tym wielkim drzewem...


Wplywamy do Pelican Cove - to jakby wejscie do raju. Zawsze mnie tu zatyka...
Przepyszna tropikalna zielen. Cisza. Szczypie sie w posladek. To moje podworko!!!
Pelican Cove wyglada fantastycznie od strony ladu - ale stad jest nawet piekniej.

Polknelam bakcyla i znow jestem wodniakiem, tak jak kiedys w Polsce.
Wiem, wiem, na pewno romantyczniej byloby miec zaglowca,
podobnego do z tych w porcie, ale zrobilam sie zbyt wygodna :-)